Wspomnienia z sesji

W tym dziale można zapoznać się z opisami sesji i wspomnieniami, które są udziałem ludzi korzystających z regresingu. Pomijam tutaj początki sesji, i czas poświęcony na wprowadzenie klienta w stan regresywny-skupiamy się tylko na wspomnieniach, emocjach i decyzjach niegdyś podjętych i przypomnianych oraz uwalnianych w trakcie jej trwania.

Spis wspomnień z sesji

 

Złoty sandał.

Te wspomnienia z sesji regresingu nazywam „Złotym sandałem”
"….W pewnym momencie sesji, przed moimi oczami niespodziewanie pojawia się widok: z bliska widzę złoty sandał, z bliska, ponieważ leżę u stóp jego właściciela. Natychmiast pojawia się u mnie też świadomość, co się dzieje - to jakiś wysoki rangą kapłan egipski zaś wokół stoi wielu innych religijnych oficjeli. Przypominam sobie sensację i zdziwienia, jakie wywołałem swoją obecnością i wyrażaną właśnie prośbą. Otóż nie jestem nikim wyjątkowym, zaś przyszedłem do najwyższych kapłanów z niezwykła prośbą. Właśnie umarł faraon, dobiega końca proces jego mumifikacji i niebawem zostanie on pochowany w jakimś grobowcu czy piramidzie (nie wiem dokładnie). Ja zaś zwracam się z prośbą, aby … zamknąć mnie żywcem razem z jego zwłokami. Zdziwionemu kapłanowi tłumaczę, że tak kocham zmarłego władcę, że chcę mu towarzyszyć po jego śmierci, czuwać przy nim i pilnować, aby nikt i nic mu nie przeszkadzało. Dokładnie wyczuwam zdziwienie zmieszane z lekką pogardą i niedowierzaniem u właściciela złotego sandała, jednak bardzo się staram, aby go przekonać - cały czas leżąc u jego stóp. Mam w tym cel, aby wypaść wiarygodnie, ponieważ nie mówię do końca prawdy! Owszem, chcę dać się zamknąć, ale z powodów zupełnie innych niż deklaruję. Po prostu od jakiegoś już czasu nurtuje mnie lęk, że nie mam takich pieniędzy, aby doskonale zmumifikować się po śmierci, a przecież po śmierci będę żył tak długo jak istnieć będzie moje ciało - (wd. ówczesnych wierzeń), a więc boję się, że nie zadługo….

Wpadłem, więc na pomysł, że skoro po śmierci będę tylko ja i faraon, to jakoś się z nim dogadam, czy też będę mu pomocny, że nie będzie możliwości odesłanie mnie i jako potrzebny mu, zostanę przez Bogów unieśmiertelniony! Oto moja prawdziwa intencja!
Wiem, że najwyższy kapłan wyraził zgodę, czuję ulgę, że się udało. Nie widzę jednak tego momentu, gdyż następuje przeniesienie w czasie. Jestem już w środku grobowca, panuje całkowita ciemność i widzę z boku, jak przez drzwi do komnaty wchodzą do środka postacie w maskach psich, (szakalich?) głów, z długimi pyskami. Trzymają w ręku po płonącej pochodni, zaś na ramionach niosą zmumifikowane i zawinięte w bandaże i płótno zwłoki, które zostaną złożone (jak się domyślam) do przygotowanego sarkofagu. Nie wiem, dla czego ale uciekam w jakieś oddalone miejsce w grobowcu - być może boję się, aby „dla pewności” mnie nie zabili….

Następne przeniesienie w czasie. Jest już cicho i całkowicie ciemno, a ja chodzę po grobowcu jak niewidomy, jedną ręką przy ścianie, z drugą wyciągniętą przed siebie. W końcu siadam na posadzce w jakimś korytarzu, i wiem, że czekam już tylko na śmierć. W głowie mam pustkę, o niczym nie myślę, nie mam żadnych emocji, a przynajmniej nie przypominam ich sobie. Powoli z dnia na dzień słabnę. Nie mam nic do picia ani do jedzenia, więc koniec przychodzi raczej szybko - chyba nie mija więcej niż tydzień.

Uświadamiam sobie, dlaczego mam w sesji to wspomnienie, otóż gotowy jestem uwolnić się od ociężałości i ospałości, które od dawna nie pozwala mi normalnie wstawać rano. To mocno obciążający energetyczny wzorzec osłabienia i powolnego konania, zawieszenia po śmierci w letargu, w sferze astralnej. Wzorzec, który trzymam w ciele energetycznym o dawna; jak widać…
Uświadamiam go sobie i z pomocą terapeuty uwalniam…
Od tej pory wstaje mi się i funkcjonuje rano o wiele łatwiej.

Wróć

 

"Ucieczka z domu"

Oto opis sesji regresingu, którą robię mojemu bratu K.

W trakcie sesji zaczynam spontanicznie "widzieć" to, co mu się przypomina:
Postanowiliśmy uciec z domu, to wspomnienie kiedy byliśmy rodzeństwem w Anglii - bodajże w XVIII wieku. Mieszkamy na prowincji, panuje tam bieda, a i rodzinę chyba mamy nieciekawą.

Widzę jak ja, kilkunastoletni podrostek, i on-mały chłopiec, uciekamy ze wsi, i postanawiamy ruszyć do miasta. Pamiętam, że wtedy bardzo namawiałem go do tego, aby mi towarzyszył, bardzo go kocham i nie chcę go pozostawić w tym miejscu, czuję się za niego odpowiedzialny. Opowiadam mu o tym jak wspaniale jest w takim dużym mieście, że tam będę pracował i opiekował się nim, że zarobię pieniądze i będziemy mogli kupować sobie różne rzeczy… Ostatni widok to skraj wsi i lasu, wyszliśmy chyłkiem by nikt nas nie widział.

Kolejny obraz: jesteśmy już w jakimś dużym mieście. Idziemy oszołomieni i zdumieni wzdłuż domów, chyba dopiero, co tu zawitaliśmy. Po błotnistej ulicy przejeżdżają dyliżanse, duże, czterokonne, jakich nigdy dotąd nie widzieliśmy. Zewsząd dobiega hałas jeżdżących zaprzęgów, gwar rozmów, pokrzykiwania ludzi… Jest chyba południe, jeszcze nie wiem, co zrobimy, nie mam planów. Chyba chcemy najpierw zobaczyć miasto. W pewnym momencie postanawiamy przedostać się na drugą stronę ulicy. Po skosie ulicy zbiegamy z chodnika, ja pierwszy, brat za mną, chcemy szybko przebiec i w tym momencie następuje tragedia!!! Na K z tyłu najeżdża rozpędzony dyliżans, konie i koła powozu tratują go, wszystko odbywa się w mgnieniu oka. Dyliżans zatrzymuje się gwałtownie.

Nie wiem jak to się stało, że nie zauważyliśmy nadjeżdżającego z boku powozu, chyba byliśmy zbyt oszołomieni wielkim miastem. Pomiędzy tylnimi kołami dyliżansu leży nieprzytomny mój kochany brat. Ma połamane chyba wszystkie kończyny oraz przetrącony kręgosłup, prawie nie oddycha. Nawet nie mogę płakać, choć łzy same lecą mi po policzkach. W gardle czuję ścisk, nie mogę mówić, ani krzyczeć z rozpaczy… Byłem za niego odpowiedzialny, obiecałem mu, że nasze życie odmieni się na lepsze… i oto nie dałem rady, zawiodłem, przeze mnie uległ wypadkowi, nie dopilnowałem go… Jeszcze nic się nie zaczęło, jeszcze nie nacieszyliśmy się życiem i już wszystko przepadło!

Następuje przeniesienie w czasie.
Siedzę w jakimś szpitalu czy przytułku nad moim bratem. Jest blady, nadal nie przytomny, pozawijany w jakieś bandaże. Chyba niedługo umrze. Nie wiem jak się tutaj z nim dostałem. Nie wiem ile minęło czasu od wypadku, pewnie kilka dni.
W głowie mam pustkę. Czuję tylko rozpacz i bezgraniczny smutek. Zawiodłem, to moja wina, to przeze mnie… Nie wiem ile czasu mija jeszcze, ale wiem, że K. niebawem umiera. Jednak jest to zbyt silna emocja i już nic nie widzę.
Wspomnienie - obraz znika.

Pozostaje we mnie przytłoczenie ciężarem winy. Jeszcze przez długi czas od tej sesji będzie mnie nachodził smutek na wspomnienie tych wydarzeń, oraz nieustające poczucie odpowiedzialności za K. Dopiero po jakimś czasie ostatecznie to sobie odreagowuję W trakcie tej sesji pytam brata o intencje - dlaczego podświadomie wtedy doprowadził się do śmierci ? Ciekawi mnie też, jakie ja miałem intencje, że do tego dopuściłem?

Oto odpowiedź:
Pojawia nam się obraz: inne, wcześniejsze wcielenie, w innej części świata. Leżymy obaj na pustyni, jako ostatni z karawany kupieckiej, która zabłądziła, i umieramy w palącym słońcu. Byliśmy wtedy kupcami, również żyliśmy i pracowaliśmy razem-chyba jako krewni czy bracia. Powodziło nam się dobrze. Po raz kolejny wyruszyliśmy w podróż, ale już z niej nie wróciliśmy. Leżymy w piachu, słońce wysusza nas, nawet nie zdajemy sobie sprawy, kiedy kończy się letarg, a wraz z nim życie, i kiedy umieramy.

Obraz znika.
A więc to tak. To wtedy podświadomie podjęliśmy decyzję, która ugruntowała się w chwili umierania:”, gdy jesteśmy razem, to doprowadza nas to do śmierci” Ale w takim razie, dlaczego mi nic się nie stało w czasie wypadku z dyliżansem?

Po prostu-miałem już wtedy lepsze intencje na życie. Ale teraz pytam jeszcze K : skąd miał takie intencje żeby się wtedy połamać w wypadku i umrzeć? W odpowiedzi mówi mi, co widzi: to jakieś jego wcześniejsze przed Anglią wcielenie, przyszedł na świat już jako kaleka. Tak jak by z porażeniem mózgowym. Właśnie w tamtym wcieleniu koduje sobie podświadomie, że może żyć tylko w ten sposób, musi być kaleką. Żyje krótko, ale jest trzymany w jakiejś skrzyni, nie widzi dokładnie, dlaczego i co się z nim dzieje. Widzi tylko, że ktoś tam dawał mu jeść, ale nie wie, kto.

Wiem natomiast ja. I wiem, że jest to zły człowiek. W przebłysku jasnowidzenia widzę mężczyznę, z którym jesteśmy w tym wcieleniu związani przez pokrewieństwo, ale jak widać i karmicznie. To mój ojczym, a ojciec K , mojego przyrodniego brata, pochyla się w pogardzie nad skrzynią, w której leży kaleki chłopiec. Znam go z dawniejszych swoich wcieleń, gdy zajmował się magią i budował sobie w sferze astralnej tarcze ochronne z dusz ludzi, których sobie magicznie (energetycznie) przywiązał w chwili, gdy umierali dzięki jego działaniom, (np. wynajmował do zabijania morderców). Tak właśnie i ja trafiłem do jego „kolekcji”.

Nic nie mówię bratu, tylko wypowiadam formułę uwalniającą go od podatności na działania tego człowieka. W związku z nim czeka mnie jeszcze sporo sesji, jednak po tej następuje znacząca zmiana. Urywają się powiązania i podatności na energetyczny i mentalny wpływ ojczyma na mnie. Czuje większą swobodę od presji i zniewolenia przez ojczyma, nie może mieć już na mnie takiego wielkiego wpływu. Również zmienia się układ pomiędzy nim a jego synem. K zyskuje więcej samodzielności, a w ciągu kilku następnych lat otrzymuje od ojca (co w przypadku tego człowieka nie jest wcale oczywiste, pomimo że jest ojcem) spore wsparcie finansowe. No tak, ojczym zaczyna płacić konsekwencje karmiczne swoich działań, a środki materialne są w obecnych czasach częstym elementem zadośćuczynienia karmicznego. Ojczym nic o tym nie wie, ale nie ma na to wpływu, musi ponieść konsekwencje karmiczne. Całe jego obecne wcielenie jest ukierunkowane na zapewnienie środków materialnych (dom, samochód) jednej z osób, którą kiedyś krzywdził i okrutnie wykorzystał.

A ja i mój brat?
Cóż, nadal robimy wspólnie interesy. Tylko nieraz, gdy musimy wybrnąć z jakiegoś problemu, mówimy do siebie uśmiechem: "spokojnie, powoli, wszystko ok. - grunt to nie zabłądzić na pustyni :-)"

Wróć

 

 

Wspomnienia D.

Na Regresingu pierwszy raz byłem w 2004 roku. Poszedłem może z jakimś konkretnym problemem, co po prostu z intencją poprawienia jakości mojego życia, i przyjrzenia się pewnym sprawom. Powiem szczerze, że po pierwszej sesji nie spodziewałem się jakiś nadzwyczajnych rezultatów. W zasadzie nie spodziewałem się niczego oprócz zaznajomienia się z techniką właściwego oddychania. Bardzo szybko jednak, bo już po paru minutach oddychania, poczułem silne objawy tężyczki i hiperwentylacji.
Nie panowałem nad drżeniem mięśni rąk i nóg, które też były niezwykle silne - jak się później okazało była to reakcja na bardzo mocno tłumione emocje.
Mimo wszystko nie odczuwałem tych symptomów jako czegoś nieprzyjemnego czy bolesnego - one po prostu były, a ja nie czułem jakiegoś szczególnego dyskomfortu, tylko zauważyłem ich pojawienie się. Terapeutka poleciła w dalszym ciągu skupiać się na oddechu, i trwało to w ten sposób dobre parę minut.
Dopiero po tym czasie poczułem jakieś dziwne emocje, uczucie niechęci, dość niesprecyzowane - nie potrafiłem nawet zdefiniować czy to niechęć do życia, czy do jakiegoś konkretnego wydarzenia – po prostu ogólnie wielka niechęć. Nie potrafiłem jednak opisać, czego ona dotyczy. W tym momencie pamiętam odliczono mi wiele różnych blokad świadomości - transowych i narkotycznych.
Po tym poczułem mieszaninę różnych emocji - znów tą niechęć, ale ze zwiększoną siłą, plus żal, strach. Dopiero teraz na pytanie terapeutki: "kiedy po raz pierwszy poczułem takie emocje?" cofnąłem się pamięcią do konkretnego wydarzenia z przeszłości. Był to okres porodu! Moje narodziny! Okazało się że bardzo nie chciałem się urodzić, nie chciałem tu być!
Zgłębiając temat i odreagowując wszystkie pojawiające się emocje, doszliśmy do przyczyny dla której nie chciałem tak bardzo się urodzić. Po prostu nie chciałem zawieść oczekiwań moich rodziców... 
Okazało się że rodzice oczekiwali dziewczynki, a ja bardzo się martwiłem że nie spełnię ich oczekiwań, co więcej wstydziłem się im pokazać - stąd przedłużający się poród i strach przed wyjściem na ten świat.
Jednak przy drążeniu tego tematu dalej i intencji jakie za tym wszystkim się kryły, przeniosłem się pamięcią aż do momentu upadku świadomości. (pierwszego zejścia w materię z formy bezcielesnej - przypomnienie Z.K.) To było bardzo dziwne doświadczenie.
Pamięcią przeniosłem się do bardzo, bardzo odległych czasów, nie umiem dokładnie wskazać jakie to były czasy, ale miałem świadomość i poczucie że naprawdę bardzo odległe. Czasy mojego pierwszego pojawienia się na Ziemi.
Co ciekawe stan emocjonalny podczas narodzin był bardzo podobny do stanu podczas upadku świadomości. Te same emocje niechęci do wcielania się, do pojawienia się tu, ten sam lęk i strach. Do odreagowania było bardzo wiele różnych ciężkich emocji.
Pamiętam też że w dalszym ciągu odreagowywano mi masę różnych blokad świadomości i blokad mentalnych - narkotycznych, hipnotycznych i transowych. Można powiedzieć, że to co stało się przy narodzinach w tym wcieleniu, było odtworzeniem lub raczej próbą odtworzenia sytuacji i stanu emocjonalnego z okresu upadku świadomości, i tam miało swoje korzenie.

Sesja zakończyła się po ponad dwóch godzinach, choć ja powiedziałbym że minęło zaledwie kilkadziesiąt minut. Jak na pierwszą sesję, muszę powiedzieć, że była bardzo owocna, co zresztą podkreślała sama terapeutka. Całość zakończyła się bardzo przyjemną medytacją kończącą.
Najbardziej intrygujące były owe wspomnienia z upadku świadomości, czy też inaczej - zejścia w materię. Z pewnością brzmi to dość dziwnie, z pewnością też nigdy nikomu nie uwierzyłbym na słowo w historie o upadku świadomości. Ale nawet jeśliby założyć że nie było to prawdziwe wydarzenie, to jednak fakt że pojawiło się na sesji świadczy o tym że było w moim umyśle, że emocje tego typu były w mojej podświadomości, więc nie można ich pominąć. Ja mam głęboką pewność że należą one do moich prawdziwych przeżyć. Co więcej, efekt terapeutyczny ich odreagowania był bardzo widoczny - pozbyłem się emocji i stanów zniechęcenia do życia, które często z niewiadomych powodów mnie męczyły. Poradziłem sobie także ze skrywaną złością, która nigdy nie była sprecyzowana, a jak się okazało była to złość na Boga że pozwolił mi się tu znaleźć, a także złość na ten świat że w ogóle istnieje (bo jakby nie istniał, to przecież bym się tu nie mógł pojawić!). Z kolei zrozumienie sytuacji z porodu pozwoliło uwolnić się od spełniania presji oczekiwań rodziców. Z sytuacją z porodu miał też związek pewien aspekt seksualny, który też warto było w końcu zrozumieć.

Parę dni po tej sesji, rozmawiałem z rodzicami. Wypytałem ich delikatnie, w wolnej rozmowie, o parę szczegółów. Okazało się, że rzeczywiście mój poród trwał bardzo długo, wiele godzin, i był trudnym porodem. Okazało się także, iż faktycznie rodzice byli przekonani że urodzi się im dziewczynka!
Nie było to oczekiwanie, lecz po prostu przekonanie, bowiem  tata miał kilka sióstr, a żadnego brata, z kolei w rodzinie od strony mamy też rodziły się same dziewczynki, moi rodzice byli więc z tego powodu w zasadzie pewni że będzie dziewczynka, upewniało ich to, że taka jest tendencja w rodzinie. Tak naprawdę było im obojętne co się urodzi, ale o przekonaniu że raczej na pewno będzie to dziewczynka niech świadczy choćby fakt, że z przygotowanych imion dla dziecka mieli wybranych ponad pięć dla dziewczynki, a tylko jedno - w razie czego - dla chłopca :)  Wspomnienia z sesji znalazły więc potwierdzenie w rzeczywistości ;)

Od tamtej sesji minęło już ponad dwa lata. W tym czasie przeszedłem wiele owocnych sesji regresingu, choć  żadna nie była już chyba tak intensywna jak ta pierwsza, w których pozbyłem się bagażu zbędnych emocji targających moim życiem, dotarłem też do ich przyczyn, uwolniłem od wielu błędnych poglądów na życie. Z pewnością Regresing jest metodą która spełniła moje oczekiwania - polepszyła jakość życia codziennego ;)
Od tego czasu metodę poleciłem też wielu znajomym, w zasadzie nikogo z nich nie namawiałem, sami się decydowali "spróbować" widząc efekty w moim życiu, i wszyscy, jak jeden, są zadowolen.

Wróć

 

Wspomnienia M.

To było w Europie, czas upływał mi na zabawie, wszystko kręciło się wokół mnie, wyjazdów, cichych spotkań, intryg…. Miałam siostrę, była zupełnie inna, a jednak, siostra, jedna, jedyna, moja, bardzo ją kochałam. Była trochę zagubiona, zamknięta w sobie, zbyt poważna, przybił ją smutek i odpowiedzialność po śmierci matki. A ja tego wszystkiego nie pamiętałam – sporo młodsza wychowywałam się wtulając się w potrzebie w ramiona starszej siostry i lekceważąc ją zupełnie, kiedy miałam na to ochotę.

Właśnie dobiegała 30ski, i była w związku, który miał zakończyć się ślubem. Żyła jakby się obawiała, że może tę miłość stracić, że nie zasługuje.

Nie wiem, co mnie podkusiło postanowiłam uwieść jej narzeczonego, mimo, że też z kimś wtedy byłam. Nie za bardzo stawiał opory. Byłam piękna, młoda, fascynowałam mężczyzn. Romans był krótki, z premedytacją, z nastawieniem, że właśnie tak ma być, że ma sprawić ból???!!! Kiedy wszystko wyszło na jaw, było mi przykro, czułam się fatalnie. W dodatku mój narzeczony zażądał satysfakcji, w wyniku, czego, mój kochanek i nie doszły mąż mojej siostry zginął. Siostra doczekała starości w samotności, poczuciu smutku i niespełnienia.
W poczuciu winy, ze świadomością, że zniszczyłam życie siostry i doprowadziłam do śmierci jej ukochanego (z perspektywy sesji wydawało się, że tak czy tak ich związek nie mógł się udać), doczekałam starości w tamtej inkarnacji.

Odrodziłam się prawdopodobnie teraz jako ich dziecko, przejmując na siebie, problemy w ich związku i negatywną energię.

Poczucie winy z tamtej inkarnacji zostało wzmocnione brakiem jakichkolwiek ciepłych uczuć ze strony ojca, który czuł do mnie złość z powodu doprowadzania wtedy do śmierci. Jednocześnie pociągałam go fizycznie. W konsekwencji dysonansu targanych nim uczuć pojawiła się frustracja. Odpowiedzialność i miłość rodzicielską traktował jako pełne bólu doświadczenie: przemieszania nienawiści i złości z pożądaniem.

Przejęłam telepatycznie wzorce kojarzenia miłości z rozbiciem emocjonalnym, ucieczką w świat wewnętrzny i niechęć do tworzenia związków w ogóle.

Ze strony matki odczuwałam zupełną obojętność. W tym wcieleniu, traktowała mnie jako zło konieczne (nie planowana ciąża) i swoją konkurencję.

Od niej też przejęłam telepatycznie wzorzec: córka = problem = odpowiedzialność = miłość macierzyńska (pod znakiem zapytania) = poczucie zagrożenia, jakim jest młodsza kobieta = obojętność, chęć ucieczki i odizolowania się

Podczas sesji uwolniłam się przejmowania telepatycznie wzorców, podłączania się telepatycznego pod osoby, z którymi czułam się związana, od manipulacji, prowokacji. Uświadomiłam sobie na trzeźwo i przytomnie swoje intencje, ale też intencje osób w tym uczestniczących. Uwolniłam się od powiązań energetycznych i karmicznych, uwolniłam się od strachu pojawiającego się, kiedy odnawia się wzorzec energetyczny uwiedzenia, uwolniłam się od kojarzenia przyjemności seksualnej ze śmiercią i smutkiem. Wreszcie uwolniłam się od poczucia winy i chęci zadośćuczynienia w stosunku do osób, które brały udział w wydarzeniu.

Wróć

"Niechciane dziecko"

Kilka lat temu zwróciła się do mnie o pomoc moja przyjaciółka M. Znała mnie i wiedziała że zajmuję się rozwojem duchowym. Słyszała ode mnie też trochę o reinkarnacji i regresingu .
Poprosiła mnie o pomoc-okazało się że jest w ciąży, w początkowych tygodniach. Ojcem dziecka był jakiś chłopak którego znała od niedawna. Gdy powiedziała mu o tym że jest ojcem jej dziecka-przestał się z nią spotykać. Jej sytuację pogarszał fakt że wynajmowała mieszkanie, miała kiepsko płatną pracę i żadnych możliwości wychowania dziecka. Zdawała sobie sprawę z tego w jakim znajduje się położeniu, jednak niechęć do zmarnowania sobie życia, mieszała się u niej ze sporą chęcią by dziecko jednak urodzić.
W trakcie rozmowy, wykonałem w myślach krótką Modlitwę Huny o jak najkorzystniejsze rozwiązanie problemu i umówiłem się na sesję regresingu. Widziałem że sprawa była poważna i pilna, więc spotkałem się z przyjaciółką jeszcze tego samego dnia wieczorem.
M. położyła się do swojej pierwszej w życiu sesji, ja zaś przygasiłem światło, zapaliłem kilka świec oczyszczając w ten sposób energetycznie pomieszczenie, usiadłem po drugiej stronie pokoju i poleciłem jej by oddychała w odpowiedni sposób. Przeprowadziłem też krótką medytację wprowadzającą ,z prośbą o pomoc i wsparcie.

Na początku postanowiłem sprawdzić, kto wybrał sobie moją przyjaciółkę na przyszłą matkę.
W związku z tym, że ojciec tego dziecka, na odchodne pozostawił po sobie sporo energii złości i nienawiści, podejrzewałem że dziecko może być „karmicznym mścicielem”- osobą z którą matka ma nie uzdrowioną złą karmę. Mogła na przykład kiedyś komuś coś złego zrobić (najczęściej w relacji rodzinnej) i osoba ta ściga ją do teraz by się zemścić (na przykład jako złe dziecko, przysparzające kłopotów i prowokujące ciągłe konflikty z matką-bardzo częsta relacja karmiczna w „toksycznych” rodzinach)
Jednak sesja przybrała zupełnie inny-zadziwiający obrót.
Zacząłem zadawać różne pytania, ale przez jakiś czas nie mogłem znaleźć punktu zaczepienia.
W pewnym momencie spytałem więc oto, jaki M. ma stosunek do dziecka, a nie do kwestii tej niechcianej ciąży. Co się okazało?
M. przyznała się że czuje do tego dziecka duży sentyment, tak jak by tę osobę (duszę) znała już wcześniej. W tym momencie otrzymałem od mojego Opiekuna Duchowego wskazówkę, by zając się najbliższą rodziną M. Zacząłem więc pytać.
Okazało się że w jej rodzinie od co najmniej 3 pokoleń panowała wśród kobiet niechciana „tradycja” samotnego wychowywania dzieci, przy kiepskiej sytuacji materialnej. Prababcia ,babcia i jej siostry, matka i ciotki M.- większość z nich traciła mężów na wojnach, w wypadkach, po rozwodach. Kolejne pokolenia córek przejmowały od matek i babć wzorzec samotnego wychowywania dziecka. Dominowało w ich podświadomości przekonanie, że kobiety mają takiego pecha, że taki jest ich los, że ich życie tak musi wyglądać. Doświadczenia rodzinne były najlepszym dowodem na prawdziwość tego przekonania. I jednocześnie jego powodem!!
Jak widać M. również posiadała ten wzorzec. Gdy tylko jej to uświadomiłem –zaraz wypowiedziałem formułę odliczającą i uwalniającą. U przyjaciółki pojawiły się emocje, łzy. Zobaczyła teraz w sesji regresingu ,że stanowiła ogniwo w łańcuchu nieszczęść rodzinnych, że jej życie zgodnie z podświadomym programem wyniesionym z domu rodzinnego, miało być powtórką historii jej matki ,oraz babci i prababci.
I w tym momencie przyszła do mnie kolejna inspiracja. Znam przebieg procesu ponownego wcielania się i okres czasu jaki upływa od śmierci do kolejnej inkarnacji. Spytałem więc M. kto w ostatnim czasie zmarł w jej najbliższej rodzinie?
I to było „to”!
Okazało się ,że 2 lata wcześniej zmarła ….babcia M., osoba z którą M. miała bardzo dobry i jednocześnie silny związek emocjonalny!
W tym momencie wiedziałem już ,że dziecko nie jest żadnym mścicielem. To najbliższa M. osoba postanowiła wrócić i być nadal z ukochaną wnuczką, tym razem w roli jej dziecka (najprawdopodobniej córki). I zgodnie z zakodowanym w podświadomości programem-obydwie (podświadomie-czyli nieświadomie) wybrały sytuację zgodą z rodzinnym wzorcem: samotna matka i złe warunki finansowe. Nieuświadomiona chęć ponownego bycia razem (najprawdopodobniej bardzo stary związek karmiczny) oraz ten podświadomy wzorzec, były tak silne, że obydwie gotowe były na kolejną powtórkę, kolejny raz były zdecydowane zaprzepaścić sobie nawzajem życie.
Gdy układałem sobie w głowie wszystkie elementy tej układanki, także i  M. powiedział mi nagle, że czuje w tej bliskiej duszy – swoją babcię. Opowiadając mi przed momentem o niej, rozpoznała w tej samej chwili bliską sobie osobę.
I w tym momencie ja poczułem gotowość do przecięcia tego trwającego od lat pasma kłopotów.
Wszystko ze spokojem opowiedziałem i wytłumaczyłem mojej przyjaciółce …i jednocześnie jej dziecku.
Nastąpiła chwila przerwy, i czułem że jest ona potrzebna obu kobietom, by mogły ochłonąć po uświadomieniu im tego wszystkiego.
Babcia nie ukrywała swojej tożsamości ,emanowała nawet od niej radość że w tak nieoczekiwany sposób została rozpoznana. Zauważyłem u niej emocję wobec byłej wnuczki i przyszłej matki: ”teraz gdy wiesz  kim jestem, już wszystko będzie dobrze, damy sobie radę”. Starała się swoją przyszłą matkę pocieszać.
Jednak mentalnie wyczułem też u niej silne zaniepokojenie całą sytuacją: nie dawno została „odkryta”, odebrała od swojej przyszłej matki silny lęk związany z tą „nieoczekiwaną” dla niej sytuacją, także masę lęków o przyszłość finansową. Jeszcze gorsze energie otrzymała od ojca: nienawiść, wściekłość z powodu wpadki (jak się dowiedziałem od M.- jego niepierwszej) i całkowite odrzucenie.
Na koniec pojawiła się jeszcze jedna ważną rzecz: ogromny żal M., że sytuacja rodzinna znów się powtarza, że nie udało jej się uciec przed tym czego tak się obawiała-że też będzie samotną matką, kolejną w rodzinie. Zaowocowało to u przyszłego dziecka ogromnym poczuciem winy, że ukochaną ,bliską sobie osobę krzywdzi swoją obecnością (to bardzo silne obciążenie karmiczne na całe życie, często w takich układach rodzinnych spotykane, i będące przyczyną kolejnych tragicznych wyborów u dziecka )
Uspokoiłem więc kobietę, zwracając się na głos bezpośrednio do niej, że nic jej nie grozi, że to wszystko co ma tu miejsce służy uzdrowieniu sytuacji, i jest dla niej  korzystne. Zacząłem uświadamiać jej, że ten wybór M. jako matki nie był najlepszy. Że ulegając wspólnym emocjom doprowadziła by do kolejnej życiowej tragedii-swojej i matki. Mentalnie dostałem od niej odpowiedź, że nie wie co ma w takim razie zrobić, że nie zna innej możliwości, nie wie co ma robić. Po raz kolejny uspokoiłem ją więc, mówiąc ze może spróbować jeszcze raz, w innych korzystniejszych warunkach, i że jest ktoś kto jej w tym pomoże. W tym momencie poprosiłem o pomoc jej Opiekuna Duchowego. Po chwili poczułem że babcia (dziecko) uspokoiła się. Zorientowałem się ,że zrozumiała sytuację i może nawet była by gotowa wycofać się. Oczywiście domyślam się że wspierał ją w tym i nakierowywał ją też jej Opiekun.
Teraz spytałem M. jakie emocje się u niej pojawiają? Moja przyjaciółka nadal czuła miłość do babci, jednak nastąpiła też spora zmiana. Zniknęła u niej gotowość i chęć do zawalenia sobie reszty życia rolą samotnej matki.
Wiedziałem już, że sesja będzie owocna i jaki będzie jej efekt. Bardzo ważną rzeczą na koniec było odreagowanie obu kobietom przekonania, że mężczyźni ranią, że to oni są przyczyną takich nieszczęść. W skutecznym uwolnieniu pomogło uświadomienie sobie własnych intencji wobec siebie, u obydwóch kobiet. U M. natomiast jeszcze przez dłuższą chwilę odreagowywałem emocje ,oraz decyzje podjęte w oparciu o te emocje, a związane z tym tematem. Jak zawsze w takich sytuacjach, było co uwalniać.
Cały regresing trwał od początkowej modlitwy do zakończenia około 1,5 godziny. Pod koniec sesji  poczułem że babcia odeszła, zniknęła energetycznie. Swoim odczuciem podzieliłem się z przyjaciółką. Była ona bardzo wzruszona, i jednocześnie zaszokowana niezwykłością całej sytuacji.
Wykonałem jeszcze modlitwę z podziękowaniem za pomoc i prowadzenie, porozmawiałem jeszcze trochę z M., i umówiłem się na telefon z jej strony, gdy tylko wykona kolejne (już drugie z kolei) badanie prenatalne mające ponownie potwierdzić ciąże. Było ono zaplanowane na następny dzień. Następnego dnia nie zadzwonił jednak jeszcze telefon. Maria odezwała się do mnie dopiero po dwóch dniach. Wynik badania był następujący: potwierdziło ono że „coś” tam rzeczywiście było, ale też, że już tego „czegoś”….nie ma.

p.s.

Po około 2 latach M. oraz jej partner (inny mężczyzna niż ten o którym była mowa w sesji)
zostali rodzicami. Dziecko było zaplanowane, zaś warunki w których M. założyła rodzinę, o wiele lepsze od opisanych powyżej.

Wróć


Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!